Tyle wiesz ile zjesz. Albo odwrotnie. Nie będę jednak (przynajmniej teraz) bawił się w analizy składów kanapek mlecznych, liczenie cukru w cukrze, ani wiadra jabłek dla Władimira. Ani wiadra na głowę. Powiem za to, gdzie palce lizać, a gdzie śmierdzi ścierą. Będzie to Wasz poradnik i Wasz odradnik. Mapa szamy. Oddaj fartucha. Z połykiem albo bez. Szykujcie się.
Kanapka do wora
Pałętałem się między knajpami od dobrych (i złych) kilku lat. Takie czasy, że biuro ma każdy w kawiarnii, a czasu na robienie obiadów jakby mniej. Na śniadanie zamiast kanapek z serek i dżemem - panini, zapiekanka, sałatka z plastyku i miodzio w brzusiu. Zamiast drożdżówki albo sernika - muffiny i tarta, a zamiast galaretki ze śnieżką (aaa!) - smoothie. Zamiast normalnego jedzenia zdrowa żywność.
I gumy Turbo
Gdzie te czasy, kiedy po meczu na szkolnym boisku łapało się oranżadę i kajzerkę. Na lekcje starczała kanapka w papierze i herbata w butelce. Ewentualnie fajki za szkołą. W niedzielę zaś wyruszało się na miasto z mapą wszystkich lodziarni i sprawdzało, która otwarta. Oczywiście, w drodze do kościoła.
Marzeniem na każdej wycieczce czy koloniach była buda z hamburgerami lub absolutna mekka: McDonald's. Dzieciak był w stanie urwać się z wycieczki kosztem poważnego rabanu, byle mógł tylko poturlać frytę.
No to turlałem ją
Dacie wiarę, że oglądając amerykańskie reklamy potrafiłem przesiedzieć przed telewizorem godzinę ze Snickersem w ręku, by w decydującym momencie zjeść go razem z bohaterem reklamy? A mimo tego nie było to taka sieka z mózgu, bo były tylko Snickersy, Marsy, Twixy, Bounty i Milky Way.
Mentosa przegryzałem z panią ze złamanym obcasem. StarFoodsy chrupałem z bandą dzieciaków w kreszowych dresach. Bawiłem się sam. Ale to temat na innego bloga.
Kiedy oglądałem film E.T. nie mogłem się nadziwić: jak sześcioletnie dzieci zamawiają przez telefon pizzę?.. Nakręcili go w roku 1982. U nas wtedy nie było ani telefonów, ani ketchupu, ani kosmitów, a co dopiero telewizorów!
Skąd? Z discount
A potem zaczęliśmy dorastać i pojawiły się restauracje. Ryba nad morzem i kotlet w górach. Gumy z naklejkami i Hellena. Budy na dworcach i ssajgonki od chinola przy bloku.
Pierwsze blaszane markety: paczki bułek, zgrzewki mleka i pieczony kurczak. Całe moje miasteczko jechało obwieszone na koszyku, którego zawartość z trudem upychało potem w Maluchach, Zastawach i Polonezach.
Ze wstydem patrzymy na tamte czasy, kiedy dziś wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Zakupy? O dowolnej porze albo online. Kuchnia? Jemy meksykańską albo tajską, ale tylko w tym miejscu. Mamy ulubione krewetki i fioła na punkcie burgerów. Lubimy miejsca fikuśne i oryginalne, ale okazuje się, że nie można zamówić normalnej kawy, bo każda jest jakaś. Ale rozumiem. Po tylu latach ustrojowej posuchy każdy rzuciłbym się, jak szczerbaty na suchary.
Chociaż mięso zjedz
Teraz przychodzi jednak powoli czas drugiej fali ostrego kapitalizmu. Nie wystarczy już sprzedawanie swetrów na rynku ani przyczepa koło dworca. Trzeba mieć pomysł. I kapitał. Jeśli w równaniu którejś z tych rzeczy brakuje, brak ten widać w meu i na talerzu.
Przez ostatnie lata wiele razy jadłem i rarytasy i podeszwy. Zdarzało mi się miewać i ssanie na danie, i konkretny ból dupy po chrzczonym obiedzie. Życie jest jak pudełko czekoladek - musisz zawsze sprawdzać datę ważności (czekoladki i inne prezenty-last-minute stoją na najwyższych półkach małych sklepów i zawsze są blisko deadline'u).
Tak, gastronomia to wielka loteria: nigdy nie wiesz, kiedy pobiegniesz do kibla.
Dlatego postanowiłem, co następuje. A następuje zwolnienie blokady i losowanie. Na kogo padnie, na tego berek. No to szukam. W Toruniu. Już jutro pierwszy wpis.
Zaraz. Zapomniałem o kakao.
Jutro zaglądamy w gary , a tymczasem - garry move out.
Wasz Szam-an

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz